2009
lipiec
czerwiec
marzec
styczeń
2006
marzec
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
gg: 5037063
Blogi
Blog Vlary'ego
Blog Bunny
Blog Syriusha
Blog Timmy'ego
Blog Heni
Blog Vampiry
Blog Rambo
Blog Gumi
Blog Szpiega
Nasza RODZINKA!!!!
INNE
LO12
Metamorphosis
Szkoła Magii - to MY!!!
Zamek Czocha
Zamek Gniew
elisa (zwana orgią)
2009-07-08 16:47:43 >> Opener 2009 w Gdyni
Haya.
2 dni temu wróciłam z Gdyni gdzie razem z niejakim Rafciem spędzałam kilka dni na Heineken Opener Festival. To doświadczenie wywołało masę przemyslen, ktorymi chetnie sie podziele. Może najpierw w punktach:
1. Never again.
2. Polacy są greeeedyyyyyy!!!!
3. Koncerty life czasem rozczarowuja.
W sumie to te wszystkie punkty się łączą, ale może zacznę od strony muzycznej, czyli pkt.3. W sumie to niewiele koncertow zaliczylam w calosci. Do wyrozniajacych sie bandow zaliczam oczywiscie Placebo, dla ktorego glownie pojechalam. The Kooks rowniez dali radę, Moby był świetny. Zespol o ktorym nigdy wczesniej nie slyszalam o nazwie The White Lies (or Lice :D) również okazal sie calkiem fajny. Meeega rozczarowaniem byli Arctic Monkeys, ktorym co chwile nawalal sprzet oraz Kings of Leon, ktorzy byli najwiekszymi zamulaczami i potraktowali swoja muze tak niekreatywnie, ze czekalismy tylko az skoncza ta żenułę. Było wiele koncertow na ktorych chcialam sie pojawic, lecz nie bylo mi to dane, i tu nawiazanie do pkt.1. Lilly Allen - jakos sie spoznilismy, wiec w sumie nasza wina (chociaz jakbysmy nie stali w kolejce do wejscia pol godziny, zalapalibysmy sie!). Duffy, ktora byla jednym z moich 'must see' okazala sie jakas kropeczka w oddali sceny namiotowej o ktorej po kilku podskokach godnych olimpiady dowiedzialam sie tyle ze chyba ma czarny top i wciaz jest blondynka. Muzyki jej rowniez nie slyszalam za bardzo, bo scena namiotowa byla tak skonstruowana, aby poza namiot nie wychodzil dzwiek (w sumie calkiem z sensem). Nigdy nie zrozumiem co za debil umiescil Duffy w namiocie. Chcielismy również tego samego dnia isc na Cristal Castles ale podobnie jak z Duffy, nie bylo nam to dane z tych samych powodów. Wielkie rozczarowanie. Olbrzymim rozczarowaniem był również koncert the Prodigy, który byl z pewnością świetny, lecz znow los chciał, żebym zaspokajala swoje potrzeby życiowe wlasnie w czasie trwania tego koncertu. I to znów nie moja wina, że kupowanie wody trwało 1h.
<jem łazanki, gosh jaka pychota! normalne żarcie!!!>
Inna rzecz jaka mnie na serio wkurzyła to ogólna organizacja, patrz pkt.2. To była jakaś kpina. 3 lata temu tak nie było! Co prawda owszem, były udogodnienia: darmowe busy, opaski, duzy wybor jedzenia i napojow, duzo scen i inne atrakcje ale jednak ten festival nie byl przygotowany na taka ilosc ludzi. Nie rozumiem co to za problem zeby ograniczyc powiedzmy do tych 60tys?!? Bo jesli na Mobym bylo 60tys, to na Prodigy juz ze 100 na bank! Ostatni dzien przeszedl wszelkie granice, w tym granice moich nerwow. Po pierwsze, nie mozna sie bylo dostac do wejscia bez stania w mega dlugiej kolejce (a bardziej dokladnie - kupie). cale szczescie ze Klaudia i Buka, ktore przyjechaly tylko na ten ostatni dzien wymienily bilety na opaski na dworcu, bo jakby tego nie zrobily (albo kupily bilety elektroniczne, jak my), musialyby stac w kolejnym wezyku przy wejsciu. Koncerty byly spoko (no poza KoL) jednak po 75-minutowym "darciu ryja" na Placebo musialam się napić wody. Stałam po nią w kolejnej kupie napierajacej na jedyna otwarta ladę a jak doszlam do konca okazalo sie ze wody nie ma, tylko jakas starsznie droga lemoniada na ktora nie mialam ochoty a przede wszystkim pieniedzy. Wkurzona, ze nie moglam nic zdobyc opieprzylam obsluge i wyszlam od kasy bijac po drodze ochroniarza (no co, schowal sie za kotarka!). Ponieważ usychalam, nerwy mi puscily. Nie moglam doladowac tej pieprzonej karty ktora mi wcisneli jako preferowany srodek platniczy na terenie, bo nie mialam pinu, nie moglam kupic bonow, bo byla do nich 3 razy wieksza kolejka. Po rozpaczliwych poszukiwaniach wodopoju, natrafilam na mniejsza kolejke, odstalam w niej swoje tylko po to by sie dowiedziec, ze 'tutaj tylko kupony'. W koncu wcisnelam sie do kolejnej kolejki, gdzie dostalam upragniona wode za 3zl, ktora wypilam duszkiem prawie do dna. cała akcja zajela mi 1h, a moj organizm zaczal juz przyzwyczajac sie do braku wody. To byla trauma zycia, wiec postanowolismy wyjsc. Zajelo to nam kolejne pol godziny bo trzeba bylo zrobic mega wielkie kolo poniewaz Prodigy zgromadzilo tak wielka publike, ze zajela prawie cale pole. na szczescie zdazylismy przed najwieksza fala, ktora nas gonila bo prodigy zaraz przestali grac i wszyscy sie zbierali do wyjscia.
Generalne wrażenia z Openera - never again, aczkolwiek bandy bywały świetne. Jednak wole sie wybrac na jakis kameralny koncert tego co mnie interesuje, niz na masówę, która mi żżera psychikę i wykańcza.
Oczywiscie byla cala masa innych wydarzen na tym wyjezdzie ktore byly smieszne albo fajne! Na przyklad jak J (chlopak Beaty) wszedl do lazienki jak nasz niezidentyfikowany wspollokator siedzial na kiblu albo jak jedlismy pizze na trawce przy morzu albo pierwszy dzien jak sobei z Rafciem chodzilimy po Gdyni, jedlismy lody i spacerowalismy po plazy. Pozniej przyjechali ludzie na Openera i na jakis zlot żaglowcow i nie dość że nie dalo sie nigdzie zjeść bo byly mega tluimy w calym meiscie, to jeszcze nie dalo sie przecisnac przez promenade, bo kazdy gapil sie na te statki.
Co jeszcze mnie dobilo to cena naszego mieszkania i ogole starcia z pania Helenka z Partyzantow, ale nie chce juz mi sie tego opisywac. W skrocie, zaplacilismy 700zl za cale mieszkanie, a dowalila nam 3 osoby jeszcze, w tym do salonu, po czym na pociszenie dala nam 'Złotego Kłosa'. rewelacja. (to też sie tyczy pkt.2!)
O jesus, no i ejszcze powrot - 6h scisku na korytarzu i popiolu papierosowego lecacego na glowe.
Reasumujac, bylo bardzo fajnie! :D hehe, no ogolnie spoko, ale wyżej wymienione rzeczy spowodowały, że pkt.1.
PS: A! i piwo na terenie sucks!!!
skomentuj (0)
2009-06-01 02:06:22 >> różnice kulturowe
Jesus, wlasnie przeczytalam zakończenie poprzedniej notki (zaczynała sie nowa seria 'teraz albo nigdy') a ja zdążyłam dojść do wniosku ze ten serial jest faktycznie o niczym (no co, na serio nic tam sie nie dzieje!!! i od poczatku wiadomo ze Marta bedzie z tym Królikowskim, tylko sie przypałętała ta Edyta) no i w sumie ta 'nowa seria', jak sie okazalo, wlasnie sie zakonczyla (tak samo jak BrzydUla i Na Wspolnej, bez zapowiedzi). Chociaz Sex n the City nadal wisi no i CSI (chociaż fajniej jak sa powtorki bo chociaz codziennie). No ale nie o serialach miałam pisać.
Różnice kulturowe. Nie wiem czemu, od zawsze było mi wmawiane, że ludzie się nie różnią - bo są ludzmi, maja takie same poczucia wartości czy tam jakiś priorytetów. Było to potwierdzane w tysiącach traktatów międzynarodowych które podpisywały prawie wszystkie kraje na świecie, że tak samo będą bronić demokracji, wolności i jakiś tam innych pierdół i tak dalej. Ale dwa lata pobytu za granicą (w sumie nie tak daleko bo tylko tu, w UK) uświadomiły mi wiele.
Otóż ludzie się RÓŻNIĄ. I nikt mnie nie przekona, ze czarny jest biały (albo że czarne jest czarne, a białe jest białe :P ) albo że szanowny pan ciapak myśli tak jak ja. Tak jak z prawem - u nas celem litygacji jest nagrodzenie poszkodowanego i udupienie winnego. A na przykład w jakiś afrykańskich plemionach - jak mają problem to tłuką się tak długo aż odejdą jako przyjaciele. I nie twierdzę, że to źle. Niech se będą (byle nie na mojej ulicy.. - ok, joke!). Tylko nie chcę być przekonywana, ze ci wszyscy skośni, czarni czy ciapaci są tacy jak ja. Również chciałabym zaznaczyć, że po 2 latach poznałam się dogłębniej i przekonałam się, że nie jestem w stanie żyć z osobnikami z innej 'kultury'. Nie da się.
Podam może kilka przykładów. Nie jestem w stanie znieść prania czyściutkich białych ręczniczków do wycierania rąk ze zgniłymi, obsypanymi czarnymi, grubymi włosami dywaników z kibla. Nie jestem w stanie słyszeć co rano smarkania nosa do zlewu pełnego brudnych naczyń (a jeszcze bardziej tlumaczenia, ze nie ma w tym nic złego, bo przeciez 'i tak są brudne'). Widok soczewek kontaktorych położonych na półce z której odchodzi farba albo brzegu umywalki (nie wspomne czy jest ona świezo myta) mnie.. no w sumie przeraża, że wyobrażam sobie te bakterie i grzyby przylegające do czyjegoś oka kilka godzin później (nie wspomne, że oczy to chyba bolą jak sie wsadza suchą i oblepioną farbą soczewke w oko). Fakt, że ktos nie zarejestrował się u lekarza przez 4 lata pobytu w kraju również mnie nieco porusza, zwłaszcza fakt, że owa osoba nie dostaje zaproszeń na cytologie i nie była u dentysty od czasu wyjechania ze swego pieknego a jakże znienawidzonego kraju. Nienawidzę tych 6 minutowych rozmów z matką zamieszkującą ten odległy azjatycki kraj, która mnie wypytuje gdzie jest jej 26letnia córka, kiedy wyszła i czy na pewno zjadła dziś obiad (jakby mnie to cokolwiek obchodziło?!?), podczas gdy ona warczy/jęczy/yesyes ze swojego pokoju z nieistniejącym (a raczej niewidzialnym) chyba-człowiekiem (mimo tego, że mieszka tutaj już drugi rok to nigdy nie zamieniłam z nim więcej niż hi - a i to wiele!). Nie jestem w stanie znieść klucza wiecznie tkwiącego w drzwiach przez co nie mogę wejść do domu jak się spieszę. Nigdy nie zrozumiem wieszania prania (w tym majtek) na dworze, tzn. na ulicy przed moją kamienicą na wietrze, który wciąż to zwala, wciąż trzeba wychodzić i podnosić i jak to pranie jest 100 razy po tym brudniejsze niż przed praniem - ale to nie jest ważne. Ważne ze na dworze się suszyło. Nienawidze glupoty, po prostu, a każdy ruch osoby której obecność czuję wciąż w pokoju obok ją wykazuje.
Ale to nie wszystko, bo na razie odwołałam się do jednego przypadku. A jest ich więcej, o tak!
Moja sąsiadka. Jem sobie spokojnie obiad, pyszną pizze albo chilli chickena od chinczyka, a tu mi wyłazi przed okno, W swojej ciapatej szmacie, najczęściej boso lub w 5 numerów za dużych męskich butach. I czesze. Długie, czarne, jak te w mojej wannie. I wychodzą, więc rozrzuca po ziemi, niczym babielato, tylko w innym kolorze. Przy takich okazjach na prawde ciężko rozkoszować się smakiem jakże pysznego jeszcze przed momentem obiadku.
Myślę, że różnice kulturowe można również zauważyć na terenie Europy. Na przykład Szkoci. No dobra, że są grubi to wie każdy. Że socjaliści też. Ale kurde, grzmocić się, że tak powiem, na każdym rogu to zdeka przesada. Weszłam do sklepu ostatnio. Był on pełen pięknych sukienek. Ale. Jedyny problem był w tym, że każdą z nich byłabym w stanie ubrać tylko raz - na studniówkę. A tutaj - czemu nie do szkoły? Bo imprezy to już normalka, Belmont Street przeradza się w rewię mody dla otyłych gdzie z za małych sukienek wylewają się obiekty niespotykanej dotąd masy i wielkości. Bądź gatki co pani widać, bo przecież jak miała się z tyłu obejrzeć w przymierzalni.
I dlatego, mimo tego, że Polacy się nie uczą, są głupkowaci i denerwujący wystrajaniem swego socjalnego mieszkania w bloku na Tillydronie (max 30m2) w stylu high Versaille, to oni jednak mają w głowach o wiele więcej niż wszyscy Ci debile razem wzięci. Ot co.
skomentuj (1)
2009-03-08 22:26:53 >> takie tam kilka rzeczy
Znalazłam wreszcie chwilę aby napisać notkę, a ponieważ nazbierało się kilka rzeczy, które chcialabym opisac, może zrobić się owa notka długa.
Pierwsza rzecz: mam absolutnie dosyć Skośnej. Jest to moja współlokatorka z Malezji, Joni, a ponieważ nie chcieliśmy aby wiedziała kiedy o niej mówimy, nadaliśmy jej ksywę Skośna. Nie jest ona osobą chamską. Jest po prostu głupia. W sensie mało inteligentna. Sama tak z resztą przyznała, kiedy wyjaśniała, czemu przyjechała na studia na RGU zamiast do Singapuru, gdzie jej siostra. No ale w każdym razie przyszło nam z nią mieszkać już 1,5 roku.
Na początku myślałam, że jest fajna. Że ma dużo znajomych, że, ponieważ jest 5 lat starsza, to ma więcej doświadczenia w życiu dorosłym i że lepiej gotuje, bo robi to od pieciu lat. I ze jest mądra, bo w końcu dostała magistra z architektury. Że powinnam się na niej wzorować, bo mieszka z dala od rodziny tak długo i tak dobrze sobie radzi.
Jednak nie mogłam być w większym błędzie. Minął prawie rok od końca studiów, a ona nadal pracuje w Subwayu. Jej lodówka jest pusta, poza jakimiś kubeczkami z dziwnymi substancjami, które dała jej mama jak wyjeżdżała z wakacji w Malezji. Nie wspomnę o tej umiejętności gotowania, ponieważ w maju zeszłego roku przekonaliśmy się jak świetnie sobei radzi z paleniem (dosłownym) garnków (moje ubrania, które wtedy się suszyły na korytarzu, nadal zalatują palonym plastikiem z rączek). Ma chłopaka od sexu, jest z nim juz 5 lat i musimy znosić jego obecność w naszym domu, mimo tego, ze udaje ze go nie ma. Uważa, ze go nie kocha i że chce mieć męża, z którym będzie miała dzieci o niebieskich oczach. Co prawda tłumaczłam jej, ze to niemożliwe, ale chyba nie skumała i nadal szuka aryjskiego męża. Trudno, niech sie trochę pomęczy.
Do tematu skośnej będę pewnie jeszcze wracać nieraz, dlatego w tym momencie spasuję. Może tylko dodam, ze właśnie ogląda jakiś cholerny film jak mi leci Taniec z Gwiazdami.
Inny temat jaki chciałam podjąć to dzisiejsze święto kobiet i towarzysząca mu nagonka na pozycję kobiet w społeczeństwie Polskim. Nagonka, bo feministki uważają, ze są dyskryminowane (serio? jakoś w szkole zawsze się uważało, ze dziewczyny są najmądrzejsze i miały zawsze najlepsze oceny.. 7/8 czerwonych pasków należało do nich, a ten jeden rodzynek to mój chłopak ;) ) a narodowcy chyba myślą, że mają zbyt dużo praw i powinny przykuć się do zlewu.
Nie rozumiem za bardzo o co w tym sporze chodzi. Mówi się, że kobiety w Polsce mają zbyt małą reprezentację w Parlamencie. No ale co przepraszam, to jest dyskryminacja? Jest ZABRONIONE żeby głosować na baby? Skoro nie ma prawnego zapisu, ze np max 10% Parlamentarzystów to mają być Polki to to by była dyskryminacja. A jeśli by sobie te feministki wywalczyły, tak jak chcą, że 50% to MUSZĄ być Polki, to to by była dyskryminacja mężczyzn! Jaby była ustawa ze połowa to mają być faceci to byłby wielki raban, ze kobiety dyskryminowane. A odwrotnie byłoby wszystko super, tak? Trzeba koniecznie zaznaczyć, że walka z dyskryminacją, jeśli faktycznie takowa istnieje, nie może polegać na uprzywilejowywaniu strony dyskryminowanej tylko na wyrównywaniu szans tym stronom! ma byc równo, a nie lepiej tym wcześniej niedowartościwanym.
Tylko nie myślcie, że chcę stać za zlewem całe życie, bron Boże. Ale niech Ci geje, transwestyci czy kobiety nie przesadzają.
Ło, jaki Bartek Kasprzykowski!!! (wreszcie sie dorwałam do TV).
Inna rzecz, którą chciałam dziś opisać to fakt, że wybranek mojego.. pokoju? No bo chyba nie życia.. No w każdym razie on, dzisiaj, jak zawsze w okazje w które wydawałoby się, że mam przeżyć przyjemny dzień, zepsuł mi humor (i jakbym go miała, makijaż). Jak zagląnełam mu do komórki kiedy pisał smsa (tylko po to zeby sie z nim podrażnić, bo wiem ze tego nie lubi) to mnie popchnal. Normalna przemoc w rodzinie. Oczywiście, jak zawsze jak jest okazja, wstał o godzinie 4 po południu. Jak już wyryczałam swoje, postanowiliśmy pojechać do chińczyka po fish and chipsa, jednak na miejscu zdecydowaliśmy się zostac w tym ekskluzywnym take-awayu na castlegate i zjeść sitting duck & beef. Jedzenie mają tam przepyszne, jednak niestety wystrój... oldschoolowy? Coś w stylu 'nostalgia za Gierkiem', czyli cerata i plastikowe szklanki ;) Ale dla takiego żarcia warto się pomęczyć.
OKo, na dziś tyle, bo zaczęło się "teraz albo nigdy", nareszcie nowa seria.
skomentuj (0)
2009-01-26 22:08:45 >> Wracam
Pomyślałam, że może jest to dobry moment żeby wrócić. Ostatnio dzieje sie zbyt duzo, żeby nic nie tworzyć. Poza tym, nie mam gdzie wylewać swoich myśli, szczególnie po polsku. Trzeba ćwiczyć mowę ojczystą.
Zatem chciałam zacząć od pewnego faktu, który dziś spowodował moje niebywałe wzburzenie. Mój cholerny facet powiedział mi, że mam 'spierdalać'. Powód? Nie dałam mu 50p, których mu brakowało do pepi. A nie dałam, bo powiedziałam, że za karę, że nie wyniósł śmieci i nie pozmywał przez 3 dni, nie będę mu dawała kasy na używki. Bo to są używki! Facet jest stuknięty, pije co najmniej 2l dziennie. Ja czasem tez wypiję, szczególnie jak jemy cos ostrego (wtedy ostry smak od razu zostaje z buzi wypłukany), no ale nie w takich ilościach. On pierwsze co robi jak rano wstaje to a) włącza komputer, b) woła pepsi. Jak mu sie dam to oczywiście sam sobie polezie do lodówki. A z resztą, przesadziłam chyba trochę z tym 'ranem' bo to 'rano' to dla niego ok. 3 po południu.
Wracając do pepsi. Przejrzałam fora i różne artykuły w prasie internetowej i dochodzę do wniosku, że faktycznie takie coś jak uzależnienie od 'sików szatana' istnieje (to określenie znalazłam na innym blogu, uważam za niesłychanie trafne!). Pominę wszechobecne historie o mentosie, odrdzewiaczu, rozpuszczanym zębie i jajku. To po prostu psuje moje dobre stosunki z współspaczem. Na prawdę, jak chce mu jakoś dowalić, to mu odmawiam kasy na tą cholerną pepsi! I wiecie jak to działa? lepiej niż odmawianie bliskości albo 'dzisiaj obiadu nie będzie'. To po prostu wprawia go w furię! I co tu poradzić? Chyba nic. Jedyne co z tego może wyniknąć dobrego to jego motywacja do zarabiania kasy. I wcześniejsze wstawanie, żeby zrealizować czek w banku zanim go zamkną. Na marginesie można tylko dodać, że człowiek, który swojego kota nazwał 'Pepsi', nie może mieć równo pod sufitem.
No dobra, tyle na dziś.
skomentuj (2)
2006-03-13 18:30:35 >> Eej..
Wiecie, co... tak se ostatnio pomyslałam, ze nie bardzo mi sie chce prowadzic tego bloga.. bo mam albo za duzo do opisywania, albo za mało.. i tak jakos nie za bardzo ciekawie tutaj ostatnio. dlatego zawieszam dzialalnosc do odwołania..
Buziaki..
skomentuj (6)
2006-01-10 22:12:17 >> Aktualności
siema siema, wiem, dawno nie pisałam, ale coś ostatnio mnie to nie kreci tak do konca.. no czas zrypany, bo go nie mam.
moze od poczatku: były swieta. było spoko, ogolnie. najfajniejsze jest to, ze dostaliśmy w częstopchowie wszyscy od karoliny z amsterdamu taki maleńkie doniczki z... uwaga, nie ziołem :P z kostką, którą jak sie polało wodą, to robiła sie z niej ziemia i nasionkami. i tak wlasnie dbam o moje roślinki i wyrasta mi słoneczkik i jakies kolorowe cebulkowe cos :D hyhyhy. tak poza tym, to nie podobało mi sie w cz-wie az tak bardzo. No bo ja sie za bardzo w sumie nie doagduje z ta moja rodzina.. nie znamy sie za dobrze, glownie dlatego. ja bym chciała wyglaszac moje opinie, ale ktos kto mnie ma po nich oceniac uwaza mnie za osobe niezrównowazona psychicznie bądz po prostu zepsutą i głupią wielkomiejską panienkę, ktora sie maluje, chociaz nie ma jeszcze 18 lat i pije nalewki. inny jest tylko wujek Janusz Kania i kochana Babcia. A tak, to nawet, a moze i szczegolnie, moje siostry (choc byla tylko madzia) uwazaja mnie za pustą raszplę. Po prostu mnie nie znają, taka jest prawda. No chyba ze na prawde taka jestem, tylko nie dopuszczam do siebie tej myśli. Cóż, taka opcja też jest. (matko jedyna, żeby mnie ta dziwicza i pobożna rodzina zobaczyła na jakijs imprezie to chyba by mnie wydziedziczyli (nie, nie wydziewiczyli :P ) ).
No i po świętach był okres zwany hucznie przez radio "międzyświęciem", w ktorym się.. uczyłam. I ogladałam seriale, jak akurat miałam czas. No i spotykałam sie z dziewczątkami, glownie po to, zeby obgadac co robimy na sylwestra. BYłam w sumie na bilardzie i kreglach... (wygrałam chyba 2 razy :D ). Z natalia wogle nie mialysmy pojecia co robimny az do popołudnia sylwestrowego, kiedy uznałam,ze moze, jak nic nie rozbimy, to sie wybierzemy jednak do znajomych roxany. No jakeśmy pomyślały, takeśmy poczyniły. Koło 22 wylądowałysmy na Bajana Str. tłumnie w liczbie dwóch przybywając na ową potańcówkę. Jak sie okazało, znajomi roxany nie byli, wbrew przypuszczen, ortodoksyjnymi abstynentami, ponieważ, za prawdę, wódka lała się litrami. Dlatego postanowiłyśmy wyposażyć się w pobliskim sklepie 24h zamykanym o 23 w jakąś ćwiarteczkę. Niestety okazało się, że sklep ów był zamnięty, gdyż w mgnieniu oka godzina 23 wybiła. Więc w śniegach i mrozach doczłapałyśmy na stację benzynową i zaopatrzyłysmy się w przydatne asortymenty. Wróciłysmy, drineczki z soku z granata (a jakże by inaczej) i po grze w twistera (ktora niebywale rozkreciła towarzystwo) zasiadłysmy z natalia i roxi do ploteczek. W ich namiętnym trakcie wpadł niejaki Dawid/Krzysiek/Alek/Andrzej/Michał i poinformował nas o nieuchronnie zbliżającej się godzinie 12, która w sumie wybijała właśnie. Więc każdy chwycił szampana, capneliśmy sie na balkon, fajerwerki i te sprawy. Potem zabawa była jeszcze lepsza. Wybraliśmy się znów do kuchni by opowiedziec chłopcom o naszych nagich kąpielach na zielonej szkole, co w efekcie dało wywody o tym, cóż to mogą być sztolnie :P W każdym razie, byłysmy juz tak spite, że taniec w naszym wykonaniu przypominał.. oszołomione pająki na wrotkach. PO jakims czasie uznałysmy ze trzeba powoli sie zbierac. calnelysmy taxi, wrocilysmy do natalii, gdzie skontaktowałysmy sie z matylda. BYła ona w stanie tragicznym dość, ale na szczescie kładła sie spac. Włączyłysmy film, ale po kilku minutach zasnełysmy :P
Nastepnego dnia było bardzo milutko, wrociłam do domu i przystąpiłam do nauki biologii, gdyz byłam pewna, ze pani morawska nie odpusci tak wspaniałego "nieoczekiwanego" momentu by mnie zapytac. Takeż zrobiła, obniżając mi tym samym ocene o kilka procent.
Cóż działo sie w szkole do teraz - nic, a może i aż za dużo. Nic ciekawego, bo za dużo nauki. Jak zawsze. W każdym razie wyszłam na koniec z urocza srednia 4,61, ktora, w moim przypadku bardzo mnie satysfakcjonuje.
Zbliża się w tą niedzielę 18. chudych łydek. sexi :D a w ferie nie mam pojecia co robie.
Matkoż ty jedyna, późno już, a ja musze zrobic historie i sie wyspac.
Tak wiec buziaki i wogle wogle...
skomentuj (2)
2005-12-23 16:53:20 >> Holidays are coming...
Misie patysie, nie pisałam długo, wiem.. ale miałam trochę roboty przez cały grudzień, a kiedy byłam chora to nawet nie mogłam korzystać z neta, bo w biurze taty jest zimno, a u mnie w pokoju internet nie działa niestety (już rok minie niedlugo odkad tatuś nie zainstalowuje mi routera).
No i co ja mogę napisać. Że życzę wszystkim przede wszystkim zdrowych i wesołych świąt, pięknej choinki, i pierwszej gwiazdki przyświecaącej wam przez cały nasytępny rok. Żeby smakował karp i makowiec i żeby rofdzina cieszyła się z prezentów od Was.
No i oczywiście szampanskiej zabawy na sylwestra(ale pamiętajcie - osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie sprzedajemy :P naczy nie przeholujcie).
A co sie dzieje u mnie ostatnio... No jakoś nie za dużo. Byłam przez miesiąc, od wybryku, chora. przez ponad 2 tyg nie było mnie w szkole. Następnie, po powrocie miałam tyle sprawdzianów do zaliczenia, że normlanie myślałam, ze oszaleję. Średnia szykuje mi sie kiepska, 4.46 chyba. Ale może się podciągnę niedługo jakoś.. ta, na pewno, zwłaszcza, że po świętach aż tydzień nam zostaje. kilka dni temu laryngolożka mi znalazła moraxelle i gronkowca w gardle i dała wreszcie dobry antybiotyk.
Był półmetek, z którego konsekwencjami uporywałam się jeszcze przez kilka dni po.. i to nie tylko przez nadmierne spożycie alkoholu :P ale żebyście to widzieli - wszyscy rano w poniedziałek w butelkami wody, każdy ledwo żywy, a kobieta od biologii policje z "alkoholomierzem" chciała wzywać :P matko, co to było :P
a, no i jest jeszcze moje nowe bożyszcze - blondyn z bufetu (mający jeszcze kilka kryptonimów ale nie będę ich lepiej wypisywać bo jeszcze tu trafi i będzie wiedział o kim mówimy na przerwach :P ). No i w sumie i roxi i natalia znalazły swoich oblubieńców w szkole (jeden roxany ją olewał, inny znalazł sobie dziewczynę, a teraz jest... skrystalizowany minerał :P ). no a Natalia ma misia padingtona :P no i tak chodzimy po szkole i wypatrujemy naszych ideałów :P co powoduje, ze chyba jesteśmy uważane za największe plotkary i konspirayorki wszech czasów :P hehehe, ale to jest fajne :P ehh, żebyście widzieli te złote refleksy... :P to jest nasza rozrywka, na prawde, rewelacyjna :D
Aha, jakie mam plany na sylwestra.. no generalnie to nie mam żadnych. Choć prawdopodobnie będzie malutka imprezka w mieszkaniu Natalii na braniborskiej, ale taka w bardzo ciasnym gronie (chyba tylko ja, natalia i roxana :P ). i romantyczne komedie. nawalimy sie przed telewizorem i będzie noc zwierzeń. niezbyt podniecająca opcja, ale raczej możliwa..
Nie wiem też co robię w ferie. Chciałabym pojechac na narty albo deske (nauczyc sie wreszcie jezdzic na niej). Chciałabym pojechac w ciepłe kraje sie wygrzać i opalić. Chciałbym pojechac na mazury z matyldą. no i chciałabym też pojechac na rancho z cpe,a el z kimś zanjomym, bo nie chce mi się bawić w towarzystwie dziewięciolatków. tyle że na to wszystko to mi chyba nie starczy czasu..
Co jeszcze.. O moge, opisac wczorajsza wigilie klasową. Było dość dziwnie i mam wrażenie że nie do konca szczerze. Szczere było natomiast rzucanie się ciastem z Rafałem :P ale potem nikomu sie nie chcialo za bardzo isc gdzies po wigilii.. nie tworzymy juz takiej fajnej zgranej klasy jak w zeszłym roku. Kazdy bardziej myśli chyba o swoich problemach ocenach i własnych najbliższych przyjaciołach nie patrząc na dobro klasy jako społeczności. I to chyba prawda, bo ja też to zauważyłam u siebie. Mimo, ze rozmawiam z innymi osobami w klasie też, nie tylko z tymi najbliższymi, to jednak podzielilismy się bardzo i jest.. no troche przykro. ale np na półmetku było super, bylismy jakby bardziej jednością (szczególnie tańczący daniel :P ).
No cóż, ja idę dzwonić do pani Marysi i wybierać strój na święta.. bo nie bardzo wiem co założyc.
papapa!
skomentuj (9)